czwartek, 3 września 2015

koszmar dopiero się zaczyna...


Na wsi tak czasami bywa, że organizowane są festyny. Ciekawe i bardzo miłe imprezy malutkiej wiejskiej społeczności,
wypełnione zabawami i konkursami dla najmłodszych i tych starszych. Była straż, kule wodne, dmuchane ślizgawki, pokaz gokardów, strzelanie do celu, loteria, wata cukrowa, stoiska z zabawkami, ciasta i kiełbaski. I wszystko to działo się zaledwie kilka metrów od naszego domku, także nie mogło i nas tam zabraknąć :) Niestety cała ta magia prysła w chwili wyjęcia mnie z wózka. Oszalałem niczym dzikie zwierze wypuszczone z klatki, niczym drapieżnik polujący na zwierzynę. Swoją zabawę zacząłem od ucieczki, uciekałem wszędzie i od wszystkich. Biegałem, biegałem, biegałem i krzyczałem. Powybierałem balony i jarzębinę, którą była ozdobiona scena, za wszelką cenę chciałem wejść do basenu z wielkimi piłkami i każde NIE kończyło się wielką histerią. Zabierałem ludziom ich widelce, którymi właśnie jedli pyszne ciasto... zabierałem dzieciom balony i piłki i uciekałem, a przy tym wszystkim krzyczałem tak głośno, że zagłuszałem panie na scenie. Mamusia z tatusiem po 30 minutach zrezygnowali i wymęczeni wróciliśmy do domu. I tak oto wyglądał nasz festyn :D








1 komentarz:

  1. Pamiętam te pierwsze festyny i krzyki gdy trzeba było iść do domu :)

    OdpowiedzUsuń